Anna Wyszkoni przerywa milczenie. „To choroba, z którą żyje się do końca”

– Każdy, kto słyszy taką diagnozę reaguje podobnie. Najpierw pojawia się strach o życie, później obawa o śpiewanie. To był bardzo trudny czas, ale mam dwójkę cudownych dzieci, dla których zawsze będę silna – wspomina okres choroby Anna Wyszkoni. Dzisiaj artystka zaczyna nowy etap, czego dowodem jest nowa płyta – „Jestem tu nowa”. – Jest nie o chorobie, ale o silnej kobiecie – podkreśla. Z okazji jubileuszu 20-lecia na scenie wspólnie z portalem tvp.info odbyła sentymentalną podróż pełną wspomnień i planów na przyszłość.

W ramach kariery solowej wydała dotąd dwie płyty, „Pan i Pani” w 2009 roku i „Życie jest w porządku” trzy lata później. Obydwa albumy uzyskały status podwójnie platynowych. To z nich pochodzą takie hity jak: „Czy ten pan i pani”, „Wiem, że jesteś tam”, „Zapytaj mnie o to, kochany” czy „Biegnij przed siebie”.

Po przełomowym 2016 roku artystka wydała album „Jestem tu nowa”. Na nowej płycie Wyszkoni postawiła na facetów, do współpracy zapraszając Marcina Limka i Marka Raduli. Wśród autorów kompozycji znaleźli się m.in. Jan Borysewicz, Robert Gawliński i Piotr Cugowski, a większość tekstów jest autorstwa samej wokalistki.

Stuknęła ci „dwudziestka”, a ty twierdzisz, że to ciągle początek. Jak to możliwe?

Jak to ładnie brzmi: dwudziestka. Ja się nią chwalę wszem i wobec, bo to dobry wiek. Z jednej strony bardzo doświadczona, dojrzała, świadoma, a z drugiej strony ciągle młodziutka i ma wiele do powiedzenia. Tak się właśnie czuję i chciałabym wszystkie moje plany, które snują się w mojej głowie, móc po prostu zrealizować.

Kiedy stawaliśmy w salce prób i graliśmy, wygrywaliśmy nasze życie.

Taki jubileusz to też okazja do podsumowań. Czy wspomnienia teraz wracają?

Tak i staram się je pielęgnować również muzycznie, ponieważ podczas koncertów prezentuję krótką podróż sentymentalną. Wspominam te utwory, które mnie inspirowały, kiedy byłam dzieckiem. Gram nawet fragment utworu Sandry, która była moją ogromną idolką. Obserwując ją na scenie, jak prowadziła swoją karierę, marzyłam by być jak ona. To była pierwsza postać, która sprawiła, że marzenia zaczęły się we mnie dość mocno klarować.

Później był zespół Łzy, występ w „Szansie na sukces” i piosenka „Długość dźwięku samotności” zespołu Myslovitz. Fragmenty tych utworów muszą się pojawić w jubileuszowym koncercie, bo są dla mnie ważne.

Kiedy zaczynałaś nie było programów typu talent show i możliwości, by zaistnieć. Co takiego zrobiłaś, że się udało?

Rzeczywiście mamy inne czasy i możliwości są w tej chwili ogromne. Można w domu na komputerze zarejestrować utwór i wrzucić go do sieci. Ja musiałam się trochę bardziej wysilić, pojechać do studia, więcej zainwestować. Każda godzina w studio była płatna. Repertuar też musiał być wcześniej przygotowany na próbach z zespołem. Uważam, że to były piękne czasy i niesamowita magia, kiedy stawaliśmy w salce prób i graliśmy.

Wygrywaliśmy nasze życie, a dzisiaj dużo jest dźwięków z maszyny, elektroniki. Ja tego nie lubię, dlatego cieszę się, że moje korzenie sięgają tych czasów prawdziwych.

Poszłam na casting do zespołu weselnego, ale mnie nie przyjęli

W branży muzycznej utarło się określenie, że jesteś ambitną dziewczyną ze Śląska. Zgadzasz się z tym?

Trochę tak, bo rzeczywiście zawsze taka byłam. Już w szkole jako uczennica starałam się mieć dobre wyniki, a także spełniać marzenia związane ze śpiewaniem. Nie było talent show, ale kiedy miałam 16 lat była już „Szansa na sukces”. Dla śpiewających osób to była właściwie jedyna opcja, żeby się pojawić w telewizji i zaprezentować swój talent. Skorzystałam z tej możliwości.

Jeździłam zresztą na różne przeglądy czy konkursy. Nawet poszłam na casting do zespołu weselnego, ale mnie nie przyjęli, może na szczęście. Jak tylko mogłam stać na scenie, to z tego korzystałam.

A ten charakterystyczny wizerunek zbuntowanej rockmanki to był twój pomysł czy się kimś inspirowałaś?

To właściwie bardziej instynkt. Wizerunek był bardzo szczery, ale jak dzisiaj na to patrzę i oceniam z perspektywy czasu, to nie był za dobry, ale taka po prostu byłam. Lubiłam martensy i czarne rozciągnięte swetry. Kiedy urodziło się moje pierwsze dziecko, dojrzałam i znalazłam miłość, to wizerunek się zmieniał, bo zmieniałam się też ja. Do dzisiaj wszystko to, co się dzieje wokół mnie jest zgodne z tym, co we mnie. Myślę, że bycie szczerym to podstawa.

Ciągle mi się chce i nie zamierzam się zatrzymywać

Czy to wrodzona ambicja pchnęła cię do decyzji o opuszczeniu zespołu Łzy i pójścia swoją drogą?

Chyba bardziej zmęczenie i poczucie, że nasza wspólna energia się wypaliła. Zawsze chciałam sięgać po więcej i nie potrafiłam tkwić w wygodnym miejscu, które do niczego mnie już nie prowadziło. Stąd taka decyzja i myślę, że słuszna dla obu stron.

W tej chwili czuję, że jestem we właściwym miejscu z właściwymi ludźmi. Pracuję z fantastycznymi muzykami i jestem z tego dumna. Bardzo mnie to inspiruje i napędza, dlatego ciągle mi się chce i nie zamierzam się zatrzymywać.

To był szok dla publiczności zespołu Łzy. Czy masz poczucie, że część z nich zabrałaś ze sobą?

Nie zastanawiałam się nad tym, bo chciałam mieć poczucie, że robię coś dobrego dla siebie i tylko w taki sposób mogłam przekonać ludzi do wszystkiego, co było później. Działałam zgodnie ze swoim sumieniem. Nie wiem, czy zabrałam część ze sobą, czy nie, ale cieszę, że mam swoją grupę odbiorców. Są to wierni fani, którzy podróżują ze mną po całej Polsce.

Występuję przez cały rok, bez względu na porę roku. W lecie gramy plenerowe koncerty, zimą w salach, kameralnie, również bankietowo. Każdy rodzaj występu daje mi ogromnie dużo radości, bo na każdym spotykam się z fanami, którzy od lat są ze mną. I na każdym zdobywam też nowych.

Bliżej ci jednak do życiowej ryzykantki, czy kogoś, kto przygotowuje sobie grunt pod ważne decyzje?

Patrząc na wszystko, co zrobiłam w życiu, jestem chyba bardziej ryzykantką. Lubię czuć się bezpiecznie, natomiast rozstając się z zespołem Łzy nie wiedziałam, co mnie czeka. Byłam po wydaniu pierwszej, solowej płyty, ale to jeszcze nie była bezpieczna pozycja jako artystki. Po prostu zaryzykowałam, bo wiedziałam, że tam już nic się nie wydarzy. Musiałam znaleźć inną przestrzeń.

To był bardzo trudny czas, ale wiedziałam, że muszę się z tym uporać

Dla wielu rak, nowotwór brzmi jak wyrok, a Tobie jakie myśli towarzyszyły?

Sądzę, że każdy, kto słyszy taką diagnozę (nowotwór tarczycy – przyp. red.) reaguje podobnie. Najpierw pojawia się strach o życie, później w moim przypadku pojawiła się obawa o przyszłość artystyczną, o śpiewanie. To był dla mnie bardzo trudny czas, ale miałam wokół siebie ludzi, którzy mnie wspierali. Mam dwójkę cudownych dzieci, dla których zawsze będę silna i wiedziałam, że dla nich muszę się z tym uporać. Dzisiaj mam to już za sobą i bardzo się z tego cieszę. Zaczynam nowy etap, tak jak zresztą zatytułowana jest moja nowa płyta – „Jestem tu nowa”.

Wspomniałaś o dzieciach, którym jednak nic nie powiedziałaś o chorobie. Staraliście się żyć, jakby nigdy nic?

Nie da się w takim momencie żyć, jakby nigdy nic, natomiast moja córka miała wtedy 4,5 roku, więc nie do końca świadomie mogła przyjąć taką informację. Wiedziała, że jestem w szpitalu. Odwiedziła mnie i bardzo to przeżyła, ale nie miała świadomości, jaka to choroba. Mój syn się domyślał, ale też nie nazwałam tego w taki bezpośredni sposób. Gdzieś próbowałam się z tego tematu ześlizgiwać.

Kiedy byłam po operacji, musiałam zniknąć na chwilę

Zniknęłaś ze sceny, z mediów. Docierały do ciebie sygnały od fanów, od publiczności?

Ta przerwa wbrew pozorom była bardzo krótka, bo trwała zaledwie miesiąc. Wcześniej koncertowałam i dopiero w kwietniu, kiedy byłam po operacji, musiałam zniknąć na chwilę. Dałam sobie bardzo mało czasu, bo zaledwie 3,5 tygodnia. Myślę, że mogłam dać sobie więcej, ale z drugiej strony to mi pomogło w zebraniu myśli i powrocie na scenę.

Dopiero po tym, jak uporałam się z tym wszystkim w mojej głowie, postanowiłam zdradzić, co się ze mną działo. Zrobiłam to tylko dlatego, że chciałabym komuś pomóc. Jeśli chociaż jedna kobieta, dzięki temu, co opowiedziałam w mediach, pójdzie na badania i uniknie poważnych konsekwencji choroby, to mój cel został osiągnięty.

Jesteś przykładem, że można oszukać los, jak brzmi tytuł twojej nowej piosenki?

Chciałabym oszukać los, ale nie wiadomo, czy się da. Musiałam wiele emocji z siebie wyrzucić, dużo złości, ale wiem, że to choroba, z którą żyje się do końca. Muszę być bardzo czujna, badać się i robię to, bo wolę wiedzieć, jeśli coś będzie się działo niż żyć w nieświadomości.

Płyta jest nie o chorobie i trudnym czasie, ale o silnej kobiecie

Pokonałaś ją z punktu widzenia medycznego, ale i muzycznie, czego dowodem jest nowa płyta. Praca była formą terapii?

Myślę, że tak, bo pisanie tekstów pomogło w wyrzuceniu wielu ciążących mi emocji. Poza tym praca nad płytą bardzo mnie napędzała i dodawała sił. Z każdym dniem stawałam się silniejsza i kiedy trzymam ją w dłoniach to wiem, że nie jest o chorobie i tym trudnym czasie, ale o silnej kobiecie. Chciałabym ją zadedykować wszystkim silnym kobietom, ale również tym, które tej siły potrzebują.

Wyłania się z niej trochę inna, bardziej drapieżna odsłona. Taka jest właśnie nowa Ania Wyszkoni?

Lubię zaskakiwać i z każdą płytą robić kolejny krok. Nie chciałabym nagrać jeszcze raz tej samej płyty. Poprzednia była bardzo melancholijna, nawet powiedziałabym, że dość smutna. Pięć lat później jestem innym człowiekiem i chcę to pokazać w swojej muzyce.

Co ważne spotkałam na swojej drodze ludzi, którzy mnie inspirowali i poprowadzili w takim drapieżnym kierunku. Mówię tutaj przede wszystkim o Marcinie Limku, który jest producentem płyty, a także o Marku Raduli, niezwykle doświadczonym muzyku, z którym mam ogromną przyjemność pracować od paru lat. Efektem tego wszystkiego są właśnie takie dźwięki.

Cieszę się każdym dniem, bo wiem, że wszystko może pęknąć, jak bańka mydlana

Poza sceną też jesteś inną kobietą?

Właściwie nie zmieniły się moje priorytety, bo te od dawna mam bardzo jasno ustalone. Najważniejsze są dzieci i to się nigdy nie zmieni. Ale jestem inna. Mam nowe podejście do życia, z większym dystansem traktuję siebie i ludzi, których spotykam. Cieszę się życiem, każdym dniem, bo dzisiaj już wiem, że to wszystko może po prostu pęknąć, jak bańka mydlana. Zatem biorę je pełnymi garściami.

Nigdy nie było czegoś takiego, jak rywalizacja między dziećmi a muzyką?

Nie, nigdy (śmiech). Muzyka jest dla mnie bardzo ważna i moje dzieci doskonale o tym wiedzą. Czuję się spełnioną kobietą dzięki temu, że stoję na scenie i mam kontakt z publicznością. Po prostu robię to, co kocham i bez tego czułabym się pewnie sfrustrowana.

Moje dzieci to zaakceptowały i mają tę świadomość, bo zarówno w przypadku syna, jak i córki, już po miesiącu po urodzeniu wróciłam na scenę. Zaczęłam wyjeżdżać i są przyzwyczajone, że mam taki system pracy. Kiedy jestem w domu mam dla nich całe dni. Nie jest tak, że rano wychodzę do pracy i wracam wieczorem, także czerpiemy z tego.

Wróciłam do utworu „Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka”

Najbliższe tygodnie to kontynuacja występów jubileuszowych. Na co może liczyć publiczność?

Koncerty jubileuszowe skłaniają do pewnego rodzaju podsumowania. Pojawią się utwory, których przez jakiś czas nie śpiewałam. Wróciłam do utworu „Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka”. Patrzę na niego z dystansem, bo wszystkie emocje związane z rozstaniem (z zespołem Łzy – przyp. red.) już opadły.

Nie zabraknie też najnowszych utworów, ponieważ koncert musi być przemyślany i zaplanowany z pewnego rodzaju równowagą. Muszą być więc piosenki, które ludzie znają i przy których się doskonale bawią. Mam nadzieję, że uda nam się przedstawić nowy repertuar w taki sposób, że publiczność bardzo szybko go pozna i będzie śpiewać razem ze mną.

Tego ci życzę.

Autor: 
Adam Cissowski

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.