Chwila, która mnie zmieniła: woda wlewała się do naszej łodzi a moi rodzice byli zupełnie zagubieni

Reklama

wt., 05/31/2022 - 12:56 -- MagdalenaL

Zdjęcie

Podczas zwyczajnej wyprawy łodzią mojego ojca zaczęliśmy nabierać wody. Po raz pierwszy moja mama nie była w stanie mnie pocieszyć i czułem się tak, jakby niewidzialny chaos życia stał się nagle niezaprzeczalnie wyraźny. 

Nie była czymś, co można by uznać za szczególnie wielkie – biała łódka, kształtem przypominająca żelazko z pasem na dole, być może 30 – 60 cm większa od przeciętnego kombi. Nazwana na cześć mojej mamy, zamieszkiwała na czymś w rodzaju parkingu dla łodzi, gdzie stała wysoko na przyczepie, po którą przyjeżdżał traktor, żeby zabrać ją na brzeg. Przeprowadzono w niej również kilka kontroli: bateria – być może, coś w okolicy silnika, gumowy korek, który wchodził do odpływu w tylnej części łodzi, tak aby zatrzymać wodę przed wlewaniem się do środka. Moi rodzice nie mieli w zwyczaju wypływać wspólnie, być może dzień, który pamiętam, był tego powodem.  

 

Łódź była konikiem mojego ojca, naprawdę. Pochodził z rodziny, która zajmowała się budową samolotów, motocykli wyścigowych i żaglowców. W którymś momencie, zanim szybka przeprowadzka nie skierowała ich do żółtego kontenera, nasz garaż posiadał wszelkie narzędzia do konserwacji jachtu: drewniane strugi i ostrokątne przedmioty do obróbki metalu. Szczerze mówiąc, to nie mam pojęcia, do czego one służyły: gdy byłem dzieckiem, wydawały mi się ponadczasowe i mające cel – jak narzędzia, które wyrzeźbiły Stonehenge.  

 

Pobyt na łódce pamiętam jako jeden z niewielu momentów w moim życiu, gdy spędzałem znaczącą ilość czasu sam na sam z moim ojcem – głównie były to dżdżyste lata lub siwe, mgliste Święta Wielkanocy – gdy było na tyle spokojnie, że można było wypłynąć na morze, gdzieś pomiędzy granitem a łupkiem. Teraz gdy już nie żyje, przypuszczam, że w takie właśnie popołudnia wyobrażam sobie, że przesiaduję z moim ojcem, dopóki nie nawiążemy jakiejś formy kontaktu; przesiewając ten moment w poszukiwaniu bliskości, która wiem, że jest tylko pobożnym życzeniem.  

 

Ojciec miał w zwyczaju czytać gazetę lub jeden ze swoich magazynów motoryzacyjnych, podczas gdy ja łowiłem ryby przy pomocy ołowianego ciężarka i żyłki z opierzonymi haczykami. Zdarzały się wtedy te elektryzujące momenty, w których przepływała ławica makreli i wyławialiśmy ich po pół tuzina – wszystko szło na marne. Moja mama nie ufała zbytnio rzeczom, które pochodziły prosto z morza w tej zatoce. Przypuszczam, że myślała o falach sztormowych i rurach odprowadzających ścieki. 

Nasza trójka nie zrobiła tego dnia nic szczególnie nadzwyczajnego: wycieczka na dwie małe wyspy, ulubiona latarnia morska moich rodziców i kolonia fok. Pamiętam, że było pochmurnie a woda była dosyć spokojna, żadnych złowieszczych oznak. Jednak w środkowej części łodzi, blisko jej przedniej części znajdowała się podłużna, wyłożona wykładziną klapa zasłaniająca przestrzeń magazynową głęboką na ok. 30 cm. Gdy ją podnieśliśmy, cały magazyn wypełniony był morską wodą.  

 

Przebywanie w wodzie o takiej temperaturze bez łodzi nie jest niebezpieczne: Każdy z nas mógłby popłynąć, gdyby było to konieczne. Mieliśmy kamizelki ratunkowe i wystarczająco dużo czasu, aby wezwać pomoc przez radio. Jedyne rekiny spotykane w tej zatoce to żarłacze olbrzymie – ogromne spokojne krążowniki, które można okazjonalnie zobaczyć latem wokół cypla. Największym ryzykiem mogło być poparzenie przez meduzę, ale – mimo tego, jak przerażające były, gdy byłem dzieckiem – nie stwarzały one żadnego realnego zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa. Tak właściwie, jako że jestem teraz terapeutą, jest w tym obrazie coś w rodzaju elastyczności, do której chciałbym zachęcić moich pacjentów: tak, unoszenie się na wodzie: dlaczego się temu nie poddać? Byciu podtrzymywanym przez coś większego niż my sami? 

 

Jednak w tamtym momencie poczucie przerażenia było dla mnie dwojakie. Nie pamiętam konkretów, ale musiał być tam taki moment, w którym widziałem moich rodziców w stanie kompletnego zagubienia. Następnie również okropna świadomość, że to, co było na zewnątrz, jest teraz w środku – woda, która powoli, lecz nieprzerwanie wlewała się do łodzi; że nadejdzie moment, w którym nie będzie już solidnej powierzchni; że nastaną nowe zasady. Po tym, jak umarł mój ojciec, wydaje mi się, że z podobnych powodów zacząłem oglądać filmiki z katastrofy nuklearnej w Czarnobylu – granice świata zmieniają się a niewidzialny chaos staje się nagle piekielnie wyraźny.  

 

Innym przerażającym aspektem tego momentu dla mnie jako dziecka było przyzwyczajenie do tego, że moja matka była tą osobą, która wprowadzała ład w moim świecie. Mój ojciec był w stanie, który w tamtym czasie nazywano depresją maniakalną: mimo że był świetny w swojej pracy, prawie nigdy się nie odzywał i nie wyróżniał się zbytnio na rodzicielskim polu. Teraz moja mama znajdowała się poza swoją strefą komfortu: oto jesteśmy na jego terytorium – niespokojnym morzu. Ojciec przekręcił klucz w silniku, który zapalił. Wcisnął akcelerator, wypychając wodę przez otwór, w którym powinien znajdować się korek i

dopłynęliśmy do brzegu.  

W dalszym ciągu nie ujrzycie mnie jednak pływającego w głębokiej wodzie, przez wiele lat unikałem też wszystkiego mniejszego niż prom. Zaskoczyło mnie więc, jak dobrze bawiłem się kilka lat temu podczas sprezentowanej mi urodzinowej wyprawy podobną łodzią. Teraz gdy jestem już wystarczająco stary, aby być ojcem mojej młodszej wersji, chcę wrócić na morze.  

 

Książka The Reactor autorstwa Nicka Blackburna została wydana przez Faber i jest dostępna w sprzedaży.  

Autor: 
Nick Blackburn /Tłum. Katarzyna Fedoruk – Łosicka
Polub Plportal.pl:

Reklama