Na początek trzy historie do przemyślenia.

Przypadek numer 1

Młode małżeństwo, oboje przed trzydziestką. Pół roku wcześniej urodził im się syn. Po raz pierwszy od porodu matka postanawia wyjść sama z domu, na kilka godzin, na spotkanie z koleżankami.



Z synem zostanie ojciec i wydaje się, że nikt nie robi z tego wydarzenia na miarę lądowania na Księżycu. Nic niezwykłego się nie dzieje.



Ale tuż przed wyjściem matki w domu zjawia się teściowa ojca i na jego pytające spojrzenie rozbrajająco mówi: „Moja córka prosiła, żebym przyszła zająć się małym, bo ona wychodzi, a musi się zająć dzieckiem.”

Przypadek numer 2

Jest 22:15. Trzymiesięczny chłopczyk gorączkuje. Jego rodzice poprzedniej nocy mieli grypę żołądkową, a on sam był dzień wcześniej szczepiony. Jego stan trochę ich martwi.



Jest późno, jedyna opcja „na cito” to wizyta na ostrym dyżurze. To tylko kilka kilometrów. Jedzie ojciec, bo mama panikuje już w domu, więc woli zostać z resztą dzieci. Do izby przyjęć wchodzi ojciec z maluchem w nosidle, podchodzi do kontuaru, mówi pielęgniarce, w czym rzecz i prosi, by jego synka zbadał lekarz.

 
 



Wszystko na prostą rzecz do załatwienia. Przychodzi lekarka, omiata izbę wzrokiem i mówi: „która to pani z maluchem po szczepieniu?” Ojciec podchodzi i mówi, że nie pani, a pan. W odpowiedzi słyszy: „A gdzie matka tego dziecka?”

Przypadek numer 3

Sprawa rozwodowa w sądzie. Ojciec domaga się częstszych kontaktów z dziećmi, najchętniej opieki naprzemiennej. Na początek wnioskuje choćby o dni w tygodniu z nocowaniem. Argumentuje czemu to dla dzieci i niego ważne, wyjaśnia, że zawsze usypiał dzieci, że czytał do snu i tak dalej.



Sprawa się toczy. Trwa wymiana argumentów. Pani sędzia kwituje tę wymianę zdań: „A umie pan zrobić kolacje dzieciom?”



Wielowiekowe tradycje są do niczego



To trzy sytuacje, są ich pewnie setki, jeśli nie tysiące. Rozejrzyjcie się, ile takich zdarzeń możecie wymienić? Może nawet was dotyczą?



Co je łączy? To sytuacje, w których odmawia się „z urzędu” kompetencji ojcom w zakresie opieki, zajmowania się, dbania o dzieci. Dlaczego? Co, oprócz samego faktu porodu, jest biologicznie, fizycznie, intelektualnie, psychologicznie, ponad możliwości ojca?

 

Gdy w telewizji śniadaniowej pojawia się jakiś celebryta i opowiada o tym, jak zajmuje się dziećmi, prowadzący patrzą na niego z podziwem, słychać niemalże fanfary. Brakuje tylko żółtego paska z komunikatem: doskonały, heroiczny ojciec.

Co sprawia, że w powszechnej opinii ludzi, matka ma przyrodzone kompetencje w zakresie opieki nad dziećmi, a ojciec jest tych kompetencji pozbawiony? „Przecież to wielowiekowa tradycja wychowywania potomstwa przez matki, to co się człowieku gorączkujesz?”



Serio? No to ja w podobnym stylu odpowiem, że istnieje równie stara tradycja podziału ról, gdy kobiety wychowywały potomstwo, a faceci byli w pracy (polowali, bili wrogów, gromadzili kasę).

Czy w związku z tym mogę pozwolić sobie na stwierdzenie: „kobiety nie powinny wykonywać większości zawodów istniejących na dzisiejszym rynku pracy?



Nie mogę, bo to głupie, seksistowskie, ograniczone myślenie ciasnego umysłu. Bo to dyskryminacja.



A to, że ojciec z zasady (mówię o postawach czy przekonaniach, a nie o faktach) nie nadaje się do zajmowania się dziećmi, to już nie jest głupie, seksistowskie, ograniczone myślenie ciasnego umysłu? To nie jest dyskryminacja?



Lepiej, gorzej? Po prostu inaczej



Dziś na jednym z kanałów oglądaliśmy program o intrygującym tytule: Tata w tarapatach.

Polega na tym, że żona wyjeżdża na 3 dni, a w domu (zaopatrzonym w kamery) zostaje ojciec z dziećmi. Ma się zająć potomstwem. Potem matka z trzema innymi kobietami oglądają, jak sobie radzi. (komentarze pominę)



Wiecie co? Ten facet poradził sobie znakomicie, dzieci przeżyły, myły się, jadły, chodziły do szkoły, odrabiały lekcje, gotowały z ojcem i tak dalej. Nie wyglądało to, jakby robił to pierwszy raz w życiu. Krótko mówiąc: typowy ojciec, który wszystko robi dobrze. Może lepiej, a może gorzej od swojej żony – a może po prostu inaczej?

 

Lekarka pyta: „Która to ta pani z maluchem po szczepieniu?” Ojciec podchodzi i mówi, że nie pani, a pan. W odpowiedzi słyszy: „A gdzie matka tego dziecka?”

Do tego te rozkoszne reklamy towarzyszące programowi: matki nie ma w domu, ojciec karmi małe dziecko, ale w efekcie wszystko jest ubrudzone jedzeniem. W końcu do domu wchodzi matka, z politowaniem kiwa głową, po czym bierze mokre chusteczki (o nich ta reklama) i sprząta wszystko tak, że po chwili wszystko lśni.



Takich przypadków jest mnóstwo, ale rzecz nie w tym, by je wyliczać. Rzecz w tym, że w 2020 roku, na całego, wszędzie dookoła, nie marginalnie, a masowo, opowiada się narrację o wyższości matki nad ojcem w kwestiach zajmowania się dziećmi.



Przecież to utrwalanie stereotypów i oczywista dyskryminacja ze względu na płeć, obecna wszędzie – w mediach, w reklamach, w instytucjach państwowych i prywatnych, na placach zabaw i na ulicach.



Nikt się nie sprzeciwia. Wręcz odwrotnie, gdy w telewizji śniadaniowej pojawia się jakiś celebryta i opowiada o tym, jak zajmuje się dziećmi, prowadzący patrzą na niego z podziwem, słychać niemalże fanfary. Brakuje tylko żółtego paska z komunikatem: doskonały, heroiczny ojciec.



Akceptujemy dyskryminację ojców



Krótko na koniec:



Ojciec ma takie same prawa i umiejętności i taki sam obowiązek zajmowania się dziećmi jak matka. Oboje są rodzicami, nie ma między nimi różnic.



Wychwalanie ojca za to, że przygotował dziecku kolację, jest skrajnie głupie, bo uczy ludzi, że to coś niezwykłego, czyn heroiczny, za który należą się brawa. Innymi słowy, gość, który ogarnia kolacje to chlubny wyjątek, pozostali tak nie robią. Akceptowanie tego przez facetów, bo takie pochwały łechcą ich ego, jest jak, nieprzymierzając, radość karpia z nadchodzącej Wigilii.



Zezwalanie na „żartobliwe” programy i reklamy, ale przede wszystkim na postępowanie instytucji publicznych, których pracownicy pozwalają sobie na podważanie kompetencji ojców do zajmowania się własnymi dziećmi, jest zezwalaniem na dyskryminację ze względu na płeć.



Warto, by wreszcie ludzie się obudzili i zwrócili uwagę na to zjawisko – bo to naprawdę nie jest tak, że zauważają to tylko rozhisteryzowani nadwrażliwcy, jak ja.



To prowadzi do wielu skutków. Nie tylko takich jak te irytujące teksty o ojcach ludzi ciasno myślących. Też takich, w których dyskryminacja ojców prowadzi do odbierania im praw do opiekowania się dziećmi. Nie na podstawie prawa, dobra dzieci czy racjonalnej oceny konkretnej sytuacji, tylko na podstawie stereotypów dotyczących roli ojca, czyli na podstawie kryterium płci.



I gdy jedynym argumentem jest to, że ojciec nie jest matką. No nie jest. Tylko co z tego? Czy to nie jest bezpośrednia dyskryminacja ze względu na płeć?



Prawo do równego traktowania jest zapisane w wielu aktach prawnych, tak polskich, jak i europejskich czy światowych. Ale wiecie co? Większość z nich mówi o zapobieganiu dyskryminacji kobiet…