SZYCIE PO POLSKU

Reklama

ndz., 02/10/2019 - 15:47 -- koscielniakk

Sukienki z pieluchy, trend solidarnościowy, oszałamiająca kariera ortalionów i kreszowych dresów. Moda ostatniego stulecia w Polsce to, owszem, nowinki ze świata, ale też zjawiska nadwiślańskie, nasze. Czy ładne? Kwestia gustu. Czy były doświadczeniem pokoleniowym? Na pewno. Karolina Żebrowska nie tylko je opisała, ale też sfotografowała się w strojach z różnych epok, często uszytych własnoręcznie. Jej podróż przez dekady mody to też fascynujący opis obyczajów - naszych, mam i babć. Spójrzmy w to lustro.

 

Już ponad cztery miliony osób obejrzały w sieci jej filmiki o zmianach w modzie: 100 Years of Beauty - Poland i Prawdziwe kobiety. Karolina Żebrowska prowadzi blog Domowa Kostiumologia i kanał na YouTubie. Krakuska. Z wykształcenia reżyserka filmowa. Z pasji twórczyni kostiumów z epoki. Szyje od kilku lat, często ręcznie, starając się wyszukiwać historyczne materiały. Większość tych strojów pokazuje w wydanej właśnie książce "Polskie piękno". 

Spódnice w góry? Jakże to? Ja po lekturze jej książki trwam w przekonaniu, że największą kobiecą zdobyczą w modzie ostatniego stulecia są (wygodne na każdą okazję) spodnie. Ale "rekonstrukcje" nie służą Karolinie tylko do pozowania. Na co dzień też lubi ubierać się w dawnym stylu, najchętniej tak jak w latach 40. A niedawno urządziła z koleżankami wyprawę w góry w strojach... edwardiańskich (z pierwszej dekady XX wieku). "Spódnice do połowy łydki, długie swetry, kapelusze, sznurowane do kolan buty. Chciałyśmy spróbować, jak się w tym wspina. Okazało się, że o wiele wygodniej, niż się wydawało" - opowiada z błyskiem w oku. 

"Owszem, to rewolucja, a o pierwszych kobietach noszących spodnie pisano ze zgrozą w gazetach - mówi autorka. - Dla mnie większym osiągnięciem jest jednak «zdjęcie» bielizny. Na początku XX wieku nosiło się jej po pięć, sześć warstw. Koszula spodnia chroniąca ubrania przed przepoceniem, pantalony, gorset i koszulka gorsetowa, która optycznie wygładzała nierówności gorsetu. Na pośladki nakładana poduszka powiększająca, żeby kontrast między talią a biodrami był większy. Na to wszystko halka, często więcej niż jedna. A dziś? Został tylko biustonosz i figi. To jest dopiero rewolucja" - uśmiecha się Karolina. 

 

Dynastia z poślizgiem, dres na zawsze

W książce najbardziej zaciekawia wątek, który można nazwać polską ścieżką na autostradzie światowej mody. Owszem, zapatrzone byłyśmy od zawsze w stronę francuską, włoską, angielską. Ale nad Wisłą rozwijały się też trendy endemiczne. Na przykład - o, dziwo! - w latach 90. wielką popularnością cieszyła się u nas moda z serialu Dynastia, ewidentnie jeszcze w duchu lat 80. 

Tajemnica się wyjaśnia, kiedy sprawdzimy daty emisji: w Stanach to były lata 1981-1989, a nasza telewizja puszczała serial dopiero w latach 1990-1993. Dlatego później niż Amerykanki zachwyciłyśmy się wywatowanymi ramionami Alexis czy "rozdmuchaną" fryzurą Cristal. 

Zjawiskiem była też niezwykła w tej epoce popularność dresów, zwłaszcza kreszowych - czyli z tkaniny gniecionej fabrycznie. "Ortalionowe zestawy, supermodne na świecie w latach 80., święciły u nas triumfy jeszcze na początku lat 90. Stały się jednak domeną ludzi z nizin społecznych, bez wyczucia stylu, którzy nad dobry wygląd przedkładali wygodę" - tłumaczy Karolina. 

Ten czas to także kupowanie - okropnych z dzisiejszej perspektywy - ubrań na bazarach. W Warszawie największe były na Stadionie X-lecia i pod Pałacem Kultury i Nauki. Do dziś mam dreszcze, kiedy wspominam nabytą wtedy seledynową spódnicę do połowy kostki. Na moje usprawiedliwienie: większość z nas była wtedy pogubiona modowo. Bo "jak piorun z jasnego nieba spadła na nas Europa i nas przydusiła" - komentował lata 90. przywoływany w książce projektant Jerzy Antkowiak. 

Autorka tłumaczy: "Przez dekady wszystko, co z zagranicy, było u nas z góry uważane za lepsze od krajowego. Kiedy po 1989 roku furtka została otwarta, nie potrafiliśmy rozróżnić, co w modzie wartościowe, a co nie. Nie mieliśmy radaru". W podobnym tonie opisuje tamtą rzeczywistość cytowana w książce... nasza felietonistka. 

Słowa Joanny Bojańczyk z numeru TS z roku 1994 brzmią dosadnie: "Czy Polacy są dobrze ubrani? Na to pytanie jednoznacznie, stanowczo odpowiadam: nie. Szarość socjalistycznej ulicy zastąpiła tandetna pstrokacizna ciuchów tajlandzkich, wietnamskich, chińskich i indyjskich. Dawniej cudzoziemca można było poznać po żywych kolorach - to my byliśmy szarzy. Dziś role się odwróciły. Europa jest skromnie czarna, szara i granatowa, my jesteśmy żółci, fioletowi i pomarańczowi. Oraz ostentacyjnie zagraniczni, pooklejani naszywkami, etykietkami, napisami. Żeby nikt przypadkiem nie pomyślał, że mamy na sobie coś krajowego". 

Minęło ćwierć wieku, Joanna Bojańczyk dalej pisze dla TS, a z modą na polskich ulicach jest znacznie lepiej. "Ale styl dresiarski przetrwał i w pewnych kręgach ma się dobrze do dziś" - uśmiecha się Karolina. 

Okulary, opornik, opozycja

W naszej rozmowie cofamy się do lat 80. Luźny sweter w bure wzory i okulary w grubych przezroczystych oprawkach to cechy typowo polskiego stylu nazywanego solidarnościowym. 

"Choć obydwa te atrybuty pojawiały się także w sytuacjach pozastrajkowych, zdjęcia czy nagrania sprawiają, że stały się nieoficjalnymi symbolami tamtych czasów - twierdzi Karolina. Pożądanym dodatkiem były przypinki ze znaczkiem Solidarności. - Ponieważ obnoszenie się z nim mogło być w niektórych sytuacjach niebezpieczne, opozycjoniści wymyślili mniej oczywisty symbol. W klapy marynarek, płaszczy i kurtek wpinano opornik, mały element radioaparatu tranzystorowego. Choć nie był zabroniony, zauważony przez milicję mógł wpędzić noszącą go osobę w tarapaty". 

Mniej wywrotowym, za to bardzo popularnym trendem dekady były ubrania z pieluchy. Kiedy słyszą o tym dzisiejsi młodzi, włos jeży im się na głowie. Uszyć spódnicę z pampersa?! Ale wtedy jednorazowych wynalazków u nas w sprzedaży nie było, a pieluchy szyło się z tetry, delikatnej tkaniny bawełnianej. 

"Powszechnie dostępna, wystarczająco cienka, by ładnie wyglądała zmarszczona, z łatwością dawała się ufarbować na dowolny kolor - wylicza autorka. - Można było eksperymentować z batikiem albo zanurzyć cały ciuch w jednolitym barwniku, tworząc kolorystyczne kontrasty z innymi częściami garderoby". 

I jeszcze jeden charakterystyczny symbol polskiej "mody" z lat 80. Podomki! "Uszyte ze sztucznych, wzorzystych materiałów, zapinane z przodu na guziki, z praktycznymi kieszeniami, często wykończone białą lamówką" - opisuje Karolina. Były atrybutem woźnych, sprzątaczek czy kucharek. Ale też chętnie nosiły je panie domu - "po domu" właśnie, aby nie zabrudzić lepszych ubrań. Do takich strojów kobiety pracujące wkładały charakterystyczne sznurowane buty na koturnie z odkrytymi palcami i piętą. Dość ohydne, ale dziś fani PRL-u ochoczo na takie polują na internetowych aukcjach. 

 

"Ta pani przyszła w tym kożuchu...

...i w nim wychodzi". Pamiętacie cytat z kultowego filmu "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" Stanisława Barei? Świetnie oddaje realia epoki. Jesteśmy w latach 70. W kraju panuje szał na kożuchy. To jeden z elementów stylu folkowego, hipisowskiego, który ze względu na ludowe konotacje w Polsce - Ludowej przecież - przyjmuje się wyjątkowo dobrze. I w przeciwieństwie do kapitalistycznych trendów ze zgniłego Zachodu jest nawet hołubiony przez władzę. 

"Wcześniej kożuch był już obecny w strojach góralskich, więc przemysł był na ten trend gotowy. Nareszcie mieliśmy coś, co pasowało do światowej mody" - wyjaśnia Karolina. Poza tym takie okrycie zwyczajnie sprawdzało się w niskich temperaturach. Młodym znowu trudno będzie uwierzyć, ale u nas bywało naprawdę zimno. Zwłaszcza w trakcie tzw. zimy stulecia, na przełomie 1978 i 1979 roku (80-centymetrowe zaspy, temperatura poniżej -25 stopni, paraliż komunikacji). Anegdota mówi, że polskie kożuchy podobały się i za granicą. Ponoć nasi olimpijczycy, którzy pojechali na któreś igrzyska ubrani w gustowne fasony z Mody Polskiej, sprzedali je po satysfakcjonujących cenach.

 "Nurt ludowy szybko został zaakceptowany przez przedsiębiorstwa odzieżowe - Moda Polska i Cora doceniły patriotyczny charakter folkowych elementów, wypuszczając serie z motywami góralskimi, krakowskimi czy łowickimi. Pojawiły się hafty i wzory. Wiejskie motywy drukowano na jedwabiu z Milanówka, chętnie kupowano folkowe projekty Cepelii" - wylicza Karolina. 

W tej epoce pokochaliśmy też batik. Autorka podkreśla, że choć sporo kobiet tworzyło farbowane w fantazyjne wzory spódnice już w latach 50., to właśnie dekada Gierka przyniosła prawdziwą fascynację tematem. 

"Spódnicę, bluzkę lub szal należało w kilku miejscach związać, następnie zanurzyć w jednym lub kilku barwnikach do tkanin. Efektem były nieregularne kolorowe wzory przypominające promienie słońca. Batik przyjął się w Polsce tak dobrze, że metodę chętnie wykorzystywano jeszcze w latach 80. i 90.". 

Za to koszmarkiem epoki był bistor. Materiał sztuczny, nierozciągający się, nieprzewiewny i niegniotący się. "Ówczesne reklamy przedstawiały go jako cud - tkaninę, na którą czekaliśmy od lat. Dziś nie da się w tym chodzić. Próbowałam. Po kilku minutach człowiek jest spocony, jakby włożył na siebie worek foliowy - uśmiecha się autorka. 

 

Kariera ortalionów

Cofamy się jeszcze dalej - w lata 60. Tu polskim fenomenem mody okazały się... płaszcze z ortalionu. "Cieszyły się taką popularnością, że istniały grupy rabusiów specjalizujące się w kradzieży ortalionowych płaszczy z szatni w miejscach publicznych" - opowiada Karolina. 

"Sam ortalion powstał we Włoszech jako funkcjonalne okrycie na deszcz. To nie miał być strój do zadawania szyku, ale u nas pokochali go wszyscy - i kobiety, i mężczyźni. Widać tę miłość w filmach czy reportażach z lat 60. Kiedy oglądam nagrania z polskich ulic, wyobrażam sobie, że słychać było tam głównie szelest setek ortalionów. Trafiłam na odcinek Polskiej Kroniki Filmowej, gdzie jest mowa o tym, że w ortalionach chodzi nawet stan duchowny!" 

Inny lokalny trend dekady to wiązanie chustki "na Egipcjankę", czyli z tyłu głowy. Karolina wyjaśnia: "W modzie światowej lat 60. wpływy egipskie były, owszem, jednym z trendów, ale nie najważniejszym. U nas przyjęły się wyjątkowo dobrze, bo zbiegły z sukcesem filmu Faraon Jerzego Kawalerowicza z 1966 roku". Nie bez kozery w makijażu lansowano wtedy grube kreski na oku à la Kleopatra. 

W dziale dodatków numerem jeden były tzw. kocie okulary. "Do nich też dorwaliśmy się o kilka lat za późno. Na świecie były na topie już w latach 50. Moja prababcia i babcia miały takie. Szkoda, że nie przetrwały, bo są stylowe i dziś też by się dało w nich chodzić" - wzdycha Karolina. 

I ważna rzecz: ekspertka podkreśla, że do tej epoki słowa "elegancki" i "modny" były synonimami. A w latach 60. zaczęły się "rozjeżdżać". I dziś już zupełnie nie oznaczają tego samego. Fakt. 

Kapelusze z głów

Suknie przez wiek wydłużały się i skracały, pewne elementy garderoby pojawiały się i wracały, inne znikały na zawsze albo zachowały się w szafie na specjalne okazje. Karolinie najbardziej żal kapeluszy. 

"Tzw. wesoła wdówka z szerokim rondem, przedwojenny klosz czy «piotruś» z okrągłą główką i podwiniętym rondkiem z końca lat 50. Tyle było pięknych fasonów! Dziwię się, że współcześni producenci tak rzadko proponują kapelusze. Gdyby udało się wylansować modę na nie, każda kobieta nosiłaby kilka modeli w sezonie, a zyski szłyby w miliony" - mówi. 

Brakuje jej też sukni wieczorowych. "Dziś są zarezerwowane tylko na wesela, studniówki i czerwony dywan. Jakże przyjemnie byłoby je wkładać częściej!". 

Mnie z kolei żal matinki - luźnego kaftanika z koronkami i kokardkami, który narzucało się na koszulę nocną po wstaniu, do śniadania. "W dawnych czasach dużo było odzieży szytej z myślą o działalności domowej - dodaje Karolina. - Szlafroczki, suknie domowe, peniuary do noszenia po buduarze czy tzw. suknie herbaciane wkładane na czas przyjmowania ludzi na herbacie, często z motywami azjatyckimi. Dziś «wnukiem» takich domowych strojów jest prosty dres. Przebieramy się w gorsze rzeczy «po domu». A kiedyś to «po domu» było okazją, żeby umilić życie czymś ładnym" - mówi nie bez pewnej nostalgii.

Cieszy się jednak, że z mody wyszedł pokraczny kostium kąpielowy z początków XX wieku, nietwarzowe czepce dla kobiet dojrzałych i styl ubrań lat 80. "Dużo brzydoty wynikającej z zabawy proporcjami. Dziś, kiedy patrzy się na ten styl z perspektywy, trudno się zachwycać". Przypomina mi się jeszcze jeden ciekawy cytat z książki: "Gołe, nieokryte pończochami łydki można było oglądać jedynie w kabarecie albo na wsi, wśród najbiedniejszych". Można go zadedykować dzisiejszym celebrytkom, które nawet w styczniu biegną po czerwonym dywanie bez rajstop. 

 

Brawo my

"Polki zawsze ubierały się wyjątkowo, chociaż przez większość tego stulecia żyły w trudnych czasach - stwierdza Karolina. - Brzmi to jak wytarty slogan i tak z początku traktowałam to powiedzenie, którym raczyli mnie wszyscy czy to w rozmowach, czy w książkach poświęconych różnym okresom polskiej mody. Przecież niczego nie było, głód, bieda, nieustannie zła sytuacja polityczna, kobiety miały na głowie większe problemy niż ubrania. Ale chyba to właśnie moda stanowiła najlepszą odskocznię od tych problemów".

Podoba mi się to stwierdzenie, bo w TS lubimy spojrzeć na modę jak na zjawisko kultury, znak czasów i fenomen socjologiczny. Wszak ubranie to coś więcej niż kilka zszytych kawałków materiału, które ma nas chronić przed chłodem i/lub wstydem. To komunikat, jaki wysyłamy w świat o sobie. Warto, żeby był ciekawy, prawdziwy, spójny. Nasz. 

Autor: 
Joanna Nojszewska
Źródło: 

styl.pl

video: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.

Reklama