Nawet w obliczu śmierci nie pozostajemy sami

Reklama

sob., 06/04/2022 - 19:52 -- MagdalenaL

Zdjęcie

W naszym wielopokoleniowym domu razem żyjemy, świętujemy i śmiejemy się razem. Jednakże śmierć też ma tu swoje miejsce.  

Kiedy przed 20 laty wprowadziłam się do berlińskiego, wielopokoleniowego domu Helene Webner, miałam jeszcze normalne, niemieckie nastawienie: Życie musi się toczyć, tak jak ja chcę i kiedy tak nie będzie, będę cierpieć i obwiniać innych o moje cierpienie.  

Dom położony jest w zachodniej części Berlina, między wieżą radiową a parkiem Lietzensee. Został założony dla samotnych kobiet przez Katolickie Stowarzyszenie Kobiet Niemieckich. W zasadzie jest to zwykły budynek mieszkalny, w którym razem mieszkają kobiety z różnych kultur. Od studentek aż po seniorów.  

Duchowo-religijnym centrum naszej kamienicy jest kaplica domowa. Ci, którzy czują się związani z tym tworzącym wspólnotę ośrodkiem, nie pozostają tu obcymi. Ponadto mamy też wykłady, koła naukowe, grupy zawodowe, festyny, opiekę sąsiedzką, domowe koncerty, obiady, świetlice i przedszkole. Psycholog założyła na własny koszt ośrodek pomocy społecznej. Jej zespół współpracuje z jednostką opieki ambulatoryjnej.  

Tutaj w domu, po latach oporu, nauczyłam się, że śmierć też jest częścią życia. Kiedy umierała moja sąsiadka, która mieszkała tu od 50 lat, odwiedziłam ją tylko z grzeczności. Z wyraźnym oddaniem, z jakim inna współlokatorka Roswitha, siadała obok niej na łóżku, podawała jej picie i wielokrotnie wycierała usta, zrażało mnie, a nawet odpychało. Jednakże dla Roswithy było to całkiem normalne. Pracowała w Domu Umierających Sióstr Matki Teresy w Indiach.  

Umieranie budziło we mnie grozę 

To nie były moje klimaty. Ucieszyłam się, gdy wreszcie mogłam wrócić do swojego mieszkania. Umieranie osoby mieszkającej tak blisko, przerażało mnie. A potem, gdy było już po wszystkim i ktoś zawołał do mnie mimochodem: „Lucia, widziałaś już swoją sąsiadkę? Wygląda naprawdę dobrze!”, wtedy poczułam, że jest to dla mnie zbyt trudne. „Muszę naprawdę tam iść?”, myślałam. I tak miała już ponad 90 lat. Co ja miałam z tym wspólnego? Czułam się zmuszana i to mnie wkurzyło. Jednakże potem i tak poszłam.  

Mieszkanie przypominało coś świętego. Przy łóżku paliły się świece. Śpiewy gregoriańskie z kasety wypełniały zaciemnione pomieszczenie. Usiadłam w milczeniu z grupą kobiet, które były przy zmarłej. Nie byłam sama. Uroczysta, a jednocześnie swobodna atmosfera dobrze mi zrobiła. Wtedy też się rozluźniłam, poczułam to w całym ciele. Goście przychodzili i odchodzili. Od czasu do czasu rozmawiali o zmarłych, całkiem rzeczowo. Czułam, że należę do wspólnoty. Przez co najmniej godzinę siedziałam i milczałam. Mój strach i opór zmieniły się w głębokie uczucie szacunku. Natomiast respekt, który się we mnie wyzwolił, towarzyszył mi jeszcze przez wiele tygodni.  

Kiedy kilka lat później zmarła Christel z Tyrolu, siedzieliśmy wokół niej w małym gronie przyjaciół i śpiewaliśmy. Jej brat przywiózł z Wiednia stare, rodzinne śpiewniki. Chrisel chorowała na raka i była podłączona do rurek, ale dzięki łagodzącej opiece medycznej, nie musiała cierpieć z powodu bólu. Mimo, iż nie mogła już normalnie jeść ani pić, nadal śpiewała drugim głosem ludowe pieśni ze swojej ojczyzny.  

Kiedy trzy lata później również Roswitha żegnała się ze światem, drzwi do jej mieszkania były cały czas otwarte. Nie tylko lekarz i pielęgniarka mogli przyjść w każdej chwili, ale także my, mieszkańcy, byliśmy mile widziani. Siedzieliśmy przy jej łóżku i ciągle na nowo odmawialiśmy razem różaniec. Kiedy nasza przyjaciółka Marli, szukając duchownego, zadzwoniła w środku nocy do byłego kolegi Roswithy w Rzymie, ten powiedział: „Wszyscy się tu modlimy”. Około drugiej w nocy przyjechał kapelan szpitalny. „Trudno w to uwierzyć! Czy gdzieś indziej jest coś takiego, że człowiek może umrzeć naturalnie w towarzystwie swoich bliskich?”, zawołał.  

Dla nas była to sprawa zrozumiała. Dzielimy ze sobą nasze życie – a do tego należy także śmierć. Nie przychodzi ona do domu zbyt często. Normalnie ludzie mieszkają w domu Helene Weber – świętują razem, idą do pracy i zajmują się swoimi sprawami lub zaszywają się w swoich mieszkaniach, by cieszyć się samotnością.        

Pożegnania w domu Helene Weber odbywają się zazwyczaj w otwartym holu wejściowym. Następnie wszyscy mieszkańcy, którzy znali zmarłego, wychodzą ze swoich mieszkań, aby wziąć w tym udział. Duchowny błogosławi zamkniętą trumnę, wspólnie się modlimy i śpiewamy pieśń lub dwie. Następnie wychodzimy za trumną na zewnątrz i machamy do odjeżdżającego samochodu. Nawet mieszkańcy, którzy nie są chrześcijanami, uważają to za piękne.  

Autor: 
Luci Tentrop /Tłumaczenie: Łucja Piotrowska
Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama