Wiem jak to jest żyć pod rządami Talibów. Tym razem Zachodowi nie wolno odwrócić się do nas plecami

Reklama

wt., 09/14/2021 - 14:40 -- MagdalenaL

Talibański wojownik przechadzający się wśród kupujących na targu Mandawi w Kabulu, 1 września 2021 roku. Fot. Hoshang Hashimi/AFP/Getty Images

Jako mała dziewczynka w latach 90. walczyłam o każdy dzień edukacji w podziemnych szkołach. Afgańczycy mierzą się z możliwym powrotem tamtych mrocznych czasów

Trzymając w dłoni telefon, chodziłam w kółko po piątym piętrze New Broadcasting House – siedzibie BBC w Londynie. To była połowa sierpnia i próbowałam skontaktować się z moją siostrą przebywającą w Afganistanie. W słuchawce słyszałam sygnał, ale nikt nie odbierał – moja siostra zawsze ode mnie odbiera, nawet kiedy pracuje.

Przy siódmej próbie połączenia, usłyszałam miejskie hałasy i moją siostrę: „Guly”, albo jakbyśmy powiedzieli to tutaj, „Cześć”. „Gdzie byłaś?” – zapytałam.

„Razem z Baheerem załatwialiśmy kilka rzeczy dla tej ciężarnej kobiety w parku, o której ci mówiłam,” – powiedziała przepraszającym tonem.

Baheer to jej znajomy, a ta ciężarna kobieta w parku została wysiedlona z jednej z północnych prowincji po tym jak talibowie przejęli kontrolę nad miastem.

„Jest późny wieczór. Jesteś już w domu?” – zapytałam.

„Nie, utknęłam w korku.”

„Jesteś odpowiednio ubrana? Masz maseczkę?” – zapytałam. Przez „odpowiednio” miałam na myśli konserwatywnie, a moje pytanie o maseczkę nie wynikało z obawy przed Covidem, a tym, by moja siostra nie została rozpoznana.

Mam mnóstwo powodów żeby martwić się o moją siostrę, jej twarz jest na wielu bilbordach w mieście: jeden z nich promuje kampanię na rzecz praw kobiet, drugi prawa mniejszości, następny pokazuje rzucające się w oczy zdjęcie, gdzie siostra nie ma na sobie chusty i promuje dziedzictwo artystyczne Afganistanu.

„Proszę, nie idź dzisiaj do siebie, zanocuj u Wadira.” – powiedziałam. Wadir to nasz brat.

W ostatnich dwudziestu latach Afganistan przeszedł transformację, jednakże w dość nierównomierny sposób. Moje siostry, a zwłaszcza ta najmłodsza, pracują dla branży artystycznej odkąd skończyły 16 lat i żyją na własną rękę w jednym z niedawno postawionych bloków mieszkalnych w Kabulu.

Ale 15 sierpnia to nie był dzień, w którym bezpiecznie mogły się czuć wszystkie silne, niezależne kobiety. Tego dnia, moja siostra potrzebowała męskiej ochrony, ponieważ dwie dekady wcześniej pozbawieni władzy talibowie przejęli kontrolę nad Afganistanem, ich jednostki wdarły się do stolicy, a prezydent uciekł z kraju.

Niechętnie pożegnałam się z siostrą i poszłam do starszej części budynku. Z jakiegoś powodu to, że część pamiętała jeszcze czasy wojny, zachęciło mnie do pójścia tam. Usiadłam na betonowych schodach skąpanych w ciemności, panowała martwa cisza. Serce kołatało mi się w piersi. Szlochałam. Pierwsze 10 lat mojego życie przemknęło mi przed oczami.

Urodziłam się w 1989 roku, kiedy to ostatni sowieccy żołnierze wyjechali, a poparte przez Zachód siły mudżahedinów oblegały Kabul – szerzyła się rozpacz, zaczynało brakować jedzenia, a niepewna przyszłość to było jedyne co wiedzieli Afgańczycy. W ramach zmian w systemie bezpieczeństwa wprowadzonych przez prezydenta Najibullaha mój ojciec, który pracował w sektorze publicznym, został przeniesiony do położonego na południu miasta Kandahar, gdy miałam 18 miesięcy.

Wtedy Kabul był podzielony pomiędzy kilka islamistycznych frakcji – miasta były pełne uzbrojonych jednostek milicji, każda była lojalna swojemu własnemu dowódcy. Domy zostały splądrowane, w tym nasz, dom ciotki i wujka. Wykonywano zbiorowe egzekucje. To wszystko działo się z dala od mediów i opinii publicznej.

W obawie o swoje życie, moi rodzice opuścili Kandahar szukając schronienia w Helmand, w domu mojej ciotki. Jakimś cudem udało im się uciec od okrucieństw wyrządzanych przez mudżahedinów. Dopiero, gdy talibowie przejęli kontrolę nad Kabulem, wrócili do Kandaharu, zaczynając od nowa. Szybko dostrzegli, że życie w nowym reżimie nie było podobne do niczego, co wcześniej znali.

Miałam siedem lat, kiedy pierwszego dnia szkoły starsza kobieta pilnująca drzwi powiedziała do mnie: „Talibowie mówią, że dziewczynkom nie wolno wejść.”

Moi rodzice musieli znaleźć dla mnie inne miejsce, gdzie mogłabym się uczyć. Rozmawiali z rodziną, przyjaciółmi i zaufanymi ludźmi, żeby znaleźć dla mnie „podziemną” płatną szkołę. W końcu natrafili na taką, gdzie małżeństwo przekształciło swój rodzinny dom w kilka sal, aby uczyć takie dzieci jak ja.

Nie trwało to długo. Talibowie znaleźli, aresztowali i uwięzili parę. Zaraz po uwolnieniu małżeństwo sprzedało cały dobytek i uciekło z kraju. Moi rodzice musieli szukać od nowa. Podczas pięciu lat talibańskich rządów, uczęszczałam do trzech różnych podziemnych szkół, tylko po to, by umieć czytać i pisać.

Moja mama, która była akuszerką, zaczęła nieoficjalnie doradzać ludziom w sąsiedztwie. Liczba małżeństw zawieranych z dziećmi gwałtownie wzrosła, przypadki przemocy domowej poszybowały w górę; młode kobiety, które znała moja matka, popełniły samobójstwo podpalając się, a niedożywienie niemowląt stało się powszechne. Jeśli chodzi o talibów, to byli zajęci podejmowaniem arabskich i czeczeńskich gości, kamienowaniem kobiet za, jak to sami określali, „zbrodnie przeciw moralności” oraz terroryzowanie społeczności za wszystko co przynosiło radość w życiu.

Kiedy nie siedziałam w podziemnych szkołach, to byłam więźniem własnego domu. Spędzałam czas z kilkoma dorosłymi, których znałam. Nie miałam żadnych kolegów ani koleżanek. To, a także to, co działo się poza murami naszego domu rodzinnego, odbiło się na zdrowiu psychicznym moich rodziców i na ich związku. Moja mama zaczęła się wycofywać.

Kiedy piszę te słowa, dziesiątki milionów Afgańczyków jest w podobnej sytuacji do tej, w której znalazła się moja rodzina w latach 90. Co więcej, Afganistan mierzy się z nadciągającą humanitarną katastrofą.

Społeczności międzynarodowej nie wolno popełnić błędów przeszłości. Musi nawiązać kontakt z talibami, nie tylko po to, by pociągnąć ich do odpowiedzialności i zmusić do dotrzymania obietnic, ale także by pomóc tym, którzy już znaleźli się na skraju nędzy. Pomoc musi dotrzeć do najuboższych.

Jeżeli Zachód i jego sojusznicy zdecydują się odwrócić plecami do ludzi żyjących pod rządami talibów w 2021 roku, to muszą być przygotowani na uchodźców, którzy przedostaną się na granice i wybrzeża Europy i nie tylko; na narkotyki, które zaleją ulice europejskich miast; oraz na możliwość, że talibowie zaoferują bezpieczną przystań grupom terrorystycznym planującym atak na Zachód.

W uszach rozbrzmiewają mi słowa mojej zmarłej matki – „ekstremizm połączony z głęboko zakorzenioną mizoginią, jeśli nie jest kontrolowany, może łatwo przekształcić się w coś, czego nie można kontrolować". Jeśli chodzi o moją siostrę, to udało się jej opuścić kraj, który był naszym domem, w jedenastej godzinie ewakuacji. Kiedy ostatni raz z nią rozmawiałam i zapytałam jak się czuje, odpowiedziała, że jest otępiała i nie czuje zupełnie nic. Myślę, że wciąż jest w szoku.

Autor: 
Sana Safi Tłumaczenie: Wiktoria Walczyńska
Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama